Portret trumienny szlachcica S.K.S.P. połowa XVII w.

 

W jego lasach rosły maszty angielskich statków. Raz do roku
spławiał je Wisłą do Gdańska. Był dobrym gospodarzem – ziemia
dawała dobre plony. Był dobrym ojcem. Była dobrym arystokratą
wzorem Sarmatów ród wywodził od rzymskiego czasu.
Inicjały S.K.S.P. – tyle zostało z dobrego życia
plus pamięć farby cienko rozłożonej
na sześciokątnej blasze.
Nie każdy ma szczęście tyle
ocalić z dobrego życia.

 

 

Chińscy poeci

 

Chińscy poeci wędrują pośród wzgórz
schodzą w doliny kochają świt
i patrzą w zachwycie
na Niewidzialne.

Chińscy poeci gdy nadchodzi starość
a ciała odmawiają posłuszeństwa
nadal wędrują. Przystają pośród snów
podziwiają Niewidzialne.

Chińscy poeci gdy ich ciała są już prochem
nie ustają w wędrówce. Patrzą na nas z wiersza
mieszkają w naszych myślach
korzystają z naszych nóg.

 

 

Cisza zakrada się we mnie

 

Powoli i nieubłaganie cisza
zakrada się we mnie. Pośród rozkrzyczanego miasta
i w cieniu klasztornego zegara. Na wigierskim dziedzińcu
głos mojego dziadka jest już ciszą. I bezdźwięczna jest jego ręka
jak promień słońca
który powoli wysuwa się z uścisku i który jeszcze
próbuję zatrzymać. A chmura na niebie jest cicha
jak wspomnienie którym karmi się tafla jeziora.
Jak wszystkie opowieści lustra
w które powoli i nieubłaganie
zakrada się cisza.

Cisza napełnia butelki po alkoholu. I pijane sny gwiazd.
I skrzypienie wielkich wozów które odwożą mnie pod drzwi.
Próbuję je otworzyć potrząsając naręczem
wiolinowych kluczy. A samotna żarówka pod niebem
staje się ciszą
w objęciach ćmy. Jak stare małżeństwo
które zasznurowano w stare ściegi
w milcząca pięciolinię wokół ucha Beethovena.

Muzyka wybrzmiała: rock i symfonie.
I brunetki z blondynkami które na fotografii
wciąż nuci mój dziadek. Pomiędzy nami
oddech i bezruch. Jasny promień słońca
opisuje ciszę. Coraz mniej w niej oddechu
coraz więcej spacji. Lustro wigierskiego jeziora
konsekwentnie i niestrudzenie
pomnaża milczenie.

 

 

Wieża Babel

 

W ziemi i ponad chmurami
w piekle i w niebie
ziarno rozrywa horyzont umysłu.
Konstrukcja i dekonstrukcja
procesor koło dynamit i rysunki w grocie Lascaux.
Pieśń neandertalczyka płynie w cieniu katedr.
W urodzinach nowoczesności rozcina pępowinę
i dąży do światła. Od latarni morskiej
do latarni myśli od ognia do żarówki.
W zwojach kodów genetycznych
podąża na spotkanie gwiazd. Poprzez
wszystkie kręgi nieba poprzez kosmiczny kurz
i popiół sypany na poszarzałe głowy
uwięziony w znaczeniu kręgosłup
chwieje się pod symbolami.
Pomiędzy ziemią i chmurami:
jest światło
jest słowo
jesteś ty.

 

 

Cieśnina Messyńska (wersja II)

 

Granica wody rozdziela
to co realne i senne marzenia.
Brunatny garb włoskiego buta
majaczy we mgle. Odgłos
portowej syreny unosi
kopułę nieba.
Twój szczerozłoty sen.

 

 

Collage z Luceberta

 

Mówił do mnie ściskając wiatr
podtrzymując wiotką drabinę jesieni.
Mówił pod chmurami lekki od spaceru
w brzuchu martwego dnia obejmując szklankę piwa.
Mówił a ziarna słów pęczniały mu w krtani
i dojrzewały do chleba rozejmu.
Wielkie słoneczne oczy
przyglądały się z wysokości
gdy kruszył pajdę snu
i spokojnie karmił niebo.
Noc przychodziła nieodwołalnie
uderzenia w gong
i okruchy gwiazd na podniebieniu kosmosu.
Mówił do mnie powoli
karmiąc urągający niebu głód.

 

 

Gołdapski szkic do obrazu którego nie namaluję (5)

 

Późne popołudnie w centrum. Park.
Hotelowa restauracja. Odkrywam
puls rzeczy mało ważnych. Tętno szczegółów:
rysa na stole przy wejściu grudka ziemi
odgłos kroków z ulicy światło odbite
leniwie przesuwa się po ścianie
pada na reflektor
pod sufitem
świecą srebrne litery –

Eden.

 

 

Gołdapski szkic do obrazu którego nie namaluję (7)

 

A nad Gołdapią jakieś płaskie chmury... 
SMS od Zbyszka Mieruńskiego odnajduje mnie
na krańcu Europy. Na niebie płyną chmurzaste żaglowce
znad oceanu parowce chmur leniwie mijają Wieżę Betlejemską.
Nie spieszą się. Płyną w stronę Gołdapi
coraz lżejsze i o płaskich dnach
chmurzaste barki płyną nad Europą
płyną do przystani
płyną do ceglastej wieży ciśnień.

Lizbona,  16 czerwca 2001

 

 

The end

 

Za końcem życia czai się wiara
w wieczność. Za nieskończonością
matematyczna jednostka. Poza horyzontem – miasto.
Za rysunkiem miasta – koniec ołówka. Nieskończony rysunek
w czerni gości wieczność. Ciemność rozświetla lampa
lub białe litery – The End. Po wyjściu z kina

wchodzisz w nowy sen. Obudzisz się w nowym życiu.