Eliza Ptaszyńska - Tekst do katalogu 50/50

Marek Sobczak od zarania swojej artystycznej drogi tworzy cykle obrazów. Pierwszy z nich ma tytuł Rosjanie. Z następującymi po nich: Portretami trumiennymi, Kondotierami i Wieżą Babel są malarskim dowodem zmagań artysty zarówno z kulturą dawną, jak i obecną. Można więc uznać, iż pomiędzy tradycją a współczesnością „dzieje” się twórczość malarza. Opierając się o dorobek minionych pokoleń, autor zmaga się z chaosem rzeczywistości. Marek Sobczak zaczął malować Rosjan jeszcze w okresie studiów w poznańskiej Wyższej Szkole Sztuk Pięknych, którą ukończył w 1990 roku. W sięgnięciu po taki temat wyrażał się akt determinacji autora, którym było zmierzenie się z historią rodziny. Artysta chciał pokazać naród, którego określone historyczne wydarzenia splotły się z życiem jego dziadka. Jednocześnie przedstawiał na płótnie to, co w polskim życiu politycznym, społecznym jest zawsze obecne, pomijane, deprecjonowane, demonizowane, podziwiane, ale stale wywołujące emocje, nigdy nie przykryte kurzem obojętności. Co dwudziestokilkuletni mężczyzna w gorących latach przełomu ustrojowego mógł powiedzieć o narodzie, którego cień od wieków chylił się nad naszymi dziejami? Niewiele, ale ulegając potrzebie zmierzenia się z tym tematem, wyzwolił emocje gromadzone od pokoleń. Podczas tworzenia cyklu gest dłoni trzymającej pędzel był gwałtowny, szybki, tak że nie zawsze wystarczyło na nim farby, aby dopełnić plamę koloru lub zamknąć jej kształt konturem. Barwy kładzione chaotycznie są „brudne”, czasem nagle bardzo jaskrawe. Kompozycja, światłocień, harmonia barw – to pojęcia odsunięte przez twórcę tych obrazów na dalszy plan. Płótna gęsto wypełnione są postaciami, które nie mieszczą się na jego powierzchni, krawędzie obrazu odcinają fragment twarzy. Pośpiech nie pozwala na odtworzenie jej rysów. Magma ciemnego, nieokreślonego tła i ludzie jak rozbite atomy – głowy zawieszone w próżni, stłoczone popiersia mężczyzn o otwartych lub zaciśniętych ustach, bez twarzy, wieku; mężczyźni okaleczeni, budzący lęk lub ofiary strachu. Anioł – rozpoznawalna w gmatwaninie form głowa pikuje ostro w dół; Ikona (1988) – głowa bez ciała nad leżącą zabawką, misiem(?), była „pisana” na złotym tle – reprezentującym w symbolice barw duchowość, sacrum, które potęguje grozę destrukcji przedstawianego świata. Święci (niewinni, „czyści”) są wyróżnieni nimbem i kolorem, ale kolorem zachlapanym nieokreślonym brązem, zamazanym; są też bez twarzy, malowani „byle jak”, złamani, skażeni nie swoją brutalnością, ale strachem. Marek Sobczak malując Rosjan, nie powiedział o nich wiele; w przekazanych odbiorcy emocjach wyraził jednak wszystko to, co tkwi w psychice i głowie Polaka, gdy myśli – Rosjanin. Temat cyklu okazał się „arcypolski”, dotykający głęboko historii i pamięci narodu. Przypisana tematowi współczesna, pozbawiona kanonu forma, scaliła się z nim w jedność – Witkiewiczowski znak dobrej sztuki. Kontynuacją Rosjan mógł być już tylko inny, równie „arcypolski”, według stwierdzenia autora, temat – Portrety trumienne. Portrety trumienne to malowane na sześcio- lub ośmiobocznej blasze wizerunki zmarłych. Dopasowane kształtem do czoła trumny materialnie wiązały się z castrum doloris, duchowo – z theatrum funebris. Były wykwitem siedemnastowiecznej kultury sarmackiej, która tak chętnie odwoływała się do swoich, nieautentycznych przecież, starożytnych korzeni. Portrety, będące częścią barokowego teatru życia i śmierci, mają swój antyczny pierwowzór. To fajumskie przedstawienia zmarłych, malowane na deseczkach temperą lub farbami enkaustycznymi. Sportretowani – to młodzi, piękni ludzie, portrety powstawały prawdopodobnie za ich życia. Te wizerunki zachwycają – duże oczy, regularne rysy, półuśmiech i łagodne spojrzenie. Delikatności dodaje im wysublimowana, blada paleta barwna. Sarmackie portrety trumienne to ich przeciwieństwo. Realistycznie malowane przedstawienia zmarłych osób pokazują często zniekształcone chorobą, wiekiem, trybem życia twarze. W oczach odbija się nie delikatność i łagodność usposobienia, ale pewność, czasem pycha lub surowość. Podbijane futrem szuby lub gęsto tkane kołnierze sukien świadczyły o zamożności. Umieszczone po bokach twarzy herby udowadniały „starożytność” rodu. Marek Sobczak rozpoczął malowanie Portretów trumiennych w 1993 roku. Tworzył je – jak o tym napisał – „w opozycji do kultury masowej, która wypiera ze świadomości problem śmierci, problemy historyczności, ciągłości, nawiązania”. Czym są te portrety, które powstały w oderwaniu od castrum doloris i theatrum funebris? Współczesnym vanitas?, Miłoszowym upomnieniem się o każde istnienie, grą z formą, treścią czy konwencją? Są odwołaniem do portretu sarmackiego czy uniwersalnie – do tradycji malarskiej? Ujęte w ściśle określone formy, monumentalne nie tyle rozmiarami (125 x 125 lub 60 x 60 cm) co formą malarską, przywołują wiele z tego, co w sztuce minęło. Malowane czystymi, nasyconymi barwami popiersia – to echa fowizmu; tam, gdzie kolor staje się agresywny, kompozycja dynamiczna, a gest malującej dłoni jest gwałtowny, tam pojawia się wspomnienie o Neue Wilde. Ale takich „pogłosów” jest w nich więcej: sztuka afrykańska w Czerwonym portrecie, staroegipska – w Portrecie ortodoksyjnym. Jeszcze inny wizerunek przywodzi na myśl indiański totem. Gra skojarzeń, gąszcz odwołań, który w tym malarstwie niewiele wyjaśnia. To postmodernistyczne czerpanie z różnych źródeł pozwala autorowi nadać treściom jego obrazów najwłaściwszą formę. Czyż przedstawione na portretach postacie w swojej różnorodności fizycznej, charakterologicznej, odmiennych konstrukcjach psychicznych, przyjętych rolach życiowych nie potrzebują tylko im właściwej formy malarskiej? Mężczyźni na płótnach Sobczaka, bo tylko mężczyzn portretuje artysta, to ludzie-znaki, ludzie-maski. Twarze pozbawione oczu – zwierciadła duszy. Wielcy, rozrośnięci w barach, z szerokimi twarzami, o ogolonych głowach, osadzonych na grubych szyjach, wydają się w pierwszym spojrzeniu emanacją siły, często brutalności. Ale tak jak twarze są maskami o pustych oczodołach, tak potężne ciała – to wydrążona skorupa. Zamknięte w płaską formę ostrymi plamami koloru stają się tylko ornamentem, plastycznym znakiem na płótnie. Dramatyczne zestawienie pozornej siły z ukrytą za nią pustką to obraz współczesnego człowieka, który tylko pozornie nie pamięta o śmierci. W rzeczywistości – bezbronnego wobec trawiącej go trwogi. W przeciwieństwie do sarmackiego pierwowzoru nic go nie chroni, ani religia, ani idea, ani zrozumiały ład świata i przyjęta hierarchia rzeczy. Krzykliwy strój współczesny zastąpił szlacheckie kontusze i pańskie koronki. Okulary, pies, kolorystyka lub umowne znaki zastępują dawniej podkreślaną pozycję społeczną, zasługi wobec rodu i wypełnienie powinności. Pozostawiają człowieka anonimowym, a więc bez znaczenia. Portrety trumienne to obraz dojrzewania artysty. Malowane przez dwadzieścia lat (1993–2013) pokazują przemiany, jakich doświadczał. I forma, i treść portretów krystalizowały się z biegiem lat. Cechy formalne ulegały uproszczeniu: płaska plama barwy, mocny kontur, użycie kolorów podstawowych i pochodnych. Zhieratyzowane postacie znieruchomiały rezygnując z rozpaczy zmagań tak widocznych w pierwszych przedstawieniach cyklu. Te powstające w początkach lat 90. XX wieku obrazy bliskie są jeszcze formalnie wizerunkom Rosjan. Postacie wypełniają całą powierzchnię płótna, tło jest ciemne, nieokreślone, farba kładziona niestarannie, przełamana szarościami, matowa. Dojrzewanie artysty oznaczało ewolucję stylu i pogłębienie refleksji intelektualnej. Trochę wbrew temu, co Marek Sobczak mówi o malarstwie, które według niego „jest językiem pierwszym”, lektury odgrywają znaczącą rolę w jego twórczości. W odautorskim komentarzu pojawiają się ślady fascynacji literackich, które tworzą przestrzeń twórczą, w której mógł narodzić się temat uniwersalny: Wieży Babel i Kondotier. Pojęcia te to symbole pewnych postaw człowieka, jego niezgoda na świat zastany i potrzeba szukania nowego miejsca dla siebie. To zarazem tytuły cykli obrazów Marka Sobczaka. Wieża Babel i Kondotierzy powstawały na przełomie wieków XX i XXI; i są śladem zmagań artysty z mitem i własną wobec niego postawą. Wieża Babel w oczach Marka Sobczaka to konstrukcja niezrozumiała, amorficzna, mocna i twardo pnąca się ku górze. Wbrew swojemu biblijnemu pierwowzorowi, rozrastająca się także, jakby dla bezpieczeństwa, albo jako ślad chwilowego błądzenia, na boki. Wieża wznoszona z cząstek wytworów ludzkich rąk i jego umysłu. Symbol pychy człowieka, a zarazem jego zagubienia i samotności. Odhumanizowana, potężna, jak każda idea zrodzona w ludzkiej głowie. Wieża Babel malowana jest pewną ręką. Pociągnięcia pędzla są precyzyjne, jego ślad szeroki, wyznaczający konstrukcję lub sprężyście jej się poddający. Zróżnicowana faktura – ze zgrubieniami jak na surowym tynku i wygładzeniami powierzchni jak na metalu. Całość zamknięta konturem, wyraźnie wyodrębniona z gładkiego tła. Zharmonizowana kolorystyka lub zgrzytliwe, przykre dla oka, kontrasty oddają trud wznoszenia wieży, konieczną wspólnotę działania i jej załamania. Forma dzieła jest jednością z jego treścią. W zamyśle ideowym Kondotierzy mieszczą się gdzieś pomiędzy Portretami trumiennymi a cyklem Wieża Babel. Są to i tym razem portrety młodych mężczyzn (tematyka i forma właściwe całemu malarstwu Marka Sobczaka wyraźnie zamknięte są na energię kobiecą). To zdobywcy sięgający zdecydowanie po to, co – jak uważają – im się od życia należy. Jednak nie jako bezwzględni najemnicy, ale pozytywni bohaterowie, ci, którzy przekraczają ograniczenia, zwyczajowe granice, szukają „pełni”. Artysta przyjął klasyczną formę portretu: postać jest ujęta w popiersiu, głowa ukazana w nieznacznym odwróceniu, podkreślone są dodatnie cechy charakterologiczne pokazanej postaci. Wymiary płótna na miarę ludzkiego oka, harmonijna, ciepła, żywa paleta barwna lub kolory ciemne, zdecydowane, męskie. Kondotierzy mają wspólne z postaciami z Portretów trumiennych cechy formalne, ale powstawały na innym etapie życia autora, są wynikiem innych przemyśleń i życiowych doświadczeń. Tematyka odnosząca się do uniwersalnych wartości i wyzwań życia każdego człowieka niesie pozytywny przekaz, wzmocniony tytułem i harmonią barw, kompozycji, formy. Porównanie tych cykli ukazuje rolę kultury w malarstwie Marka Sobczaka, pojmowanej jako duchowy i materialny dorobek pokoleń. Dla autora Rosjan akt twórczy jest zmierzeniem się z tradycją i mitem, które przetwarza przez filtr własnej wizji i otaczającej go rzeczywistości. Jego malarstwo jest zanurzone głęboko w historię sztuki, jest kontynuacją trwających od setek lat zmagań artystów z kondycją człowieka i potrzebą zachowania pamięci o nim. Jest wpisane w podstawowe, chciałoby się powiedzieć – klasyczne treści, które wyraża korzystając ze współczesnych środków wyrazu. Temperament twórczy Marka Sobczaka implikuje formę jego obrazów. Świat na nich przedstawiany jest pozbawiony kobiet, zwierząt, przyrody. Nie ma tam miasta, krajobrazu w tle, a przedmioty dopełniają jedynie formalnie kompozycje jako symbole przynależności lub znaki na płótnie. Mężczyzna dominujący, władczy, przekonany o swojej sile, jest w centrum zainteresowania artysty. Taki temat determinuje formę malarską, która go obrazuje i na odwrót – forma „szuka” dla siebie uzasadnienia w wyborze tematyki obrazów. Ta obustronna relacja sprawia, że jest w tej twórczości nadzwyczajna spójność formy i treści. Czyni to z artystycznej wypowiedzi Marka Sobczaka głos ważny i słyszalny w sztuce współczesnej. Jego malarstwo znalazło swoje miejsce w kontinuum kultury poprzez podejmowanie istotnych dla kondycji człowieka problemów obecnych w twórczości od stuleci. Nadając im współczesną, sobie właściwą formę Marek Sobczak czyni je zrozumiałymi i aktualnymi także w oczach dzisiejszego odbiorcy sztuki.