EXIT nowa sztuka w Polsce
Kwartalnik 4 (72) 2007 s. 4650-4653
Marek Sobczak, malarstwo, Galeria Test, Warszawa, czerwiec-lipiec 2007.

Wieże i portrety
Pociągnijmy długą linię. Na jednym jej końcu umieśćmy, na przykład, rzeźbiarza Igora Mitoraja. Głęboko zanurzonego w antyku, oddanego mu bez reszty i w formie i w treści swych dzieł. Na drugim końcu, kogoś takiego, jak Paweł Althamer czy Artur Żmijewski.
Tekst: Piotr Sarzyński

Twórców zajętych badaniem współczesności i stosujących w swej pracy jak najbardziej współczesne środki wyrazu. Gdzie na tym kontinuum znalazłoby się malarstwo Marka Sobczaka? Pośrodku? Otóż nie. Artysta, jak rysow­nik, mistrz geometrii, zakrzywia tę prostą, znajdując się równocześnie blisko jednego i drugiego jej krańca. Na pierwszy rzut oka, malarstwo Marka Sobczaka wydaje się niezwykle harmonijne, a wszystko tu pasuje do wszystkiego: kompozycja, paleta barw, sposób kładze­nia farb. Aliści na drugi, a może dopiero trzeci rzut oka, zauważyć można, że w swych pracach łączy on dwa, wydawałoby się słabo pasujące do siebie porządki: fowistycznej tradycji formy z klasycystycznym duchem i treś­cią. I dopiero ów fakt stanowi o atrakcyjności jego sztuki i pozwala mówić o godnej uwagi jakości.
Zacznijmy od materii. Obrazy Sobczaka, szczegól­nie te malowane w pierwszych latach po dyplomie, nieuchronnie kojarzą się z nurtem niemieckich Nowych Dzikich czy ich polskim odpowiednikiem - Nową Ekspre­sją. Wyraziste, przerysowane, agresywne w kolorystyce, o dynamicznej kompozycji, ze świadomie stosowaną konwencją pewnej niechlujności i malarskiego gestu. W powstających w kolejnych latach cyklach obrazów owe środki wyrazu ulegają pewnemu uspokojeniu. Niezmienna pozostaje u artysty jedynie skłonność do posługiwania się wyrazistą paletą barw.
A więc, forma tych prac zdecydowanie kieruje nas ku doświadczeniom i dorobkowi XX-wiecznego malarstwa. Treść zasadniczo też. Sobczak obserwuje otaczający świat, a przede wszystkim ludzi. Maluje ich. Można przypuszczać, że jednych zna dobrze, innych widział przelotnie, ale gdzieś zapadli w jego artystyczną pamięć. Ciekawe, że są to na ogół męż­czyźni. Pochodzą z różnych miejsc: Wilna, Warszawy, Mongolii, Suwałk, Kijowa, Włoch czy Niemiec. A mi­mo to, trochę jakby ulepieni z jednej gliny. Często na pozór silni, ale gdzieś w ich wnętrzach kryje się pust­ka, może wypalenie, może obojętność. Tego nie wiemy. Znakowani piętnem współczesnych czasów: koloro­wych, efektownych, dostatnich, ale przy tym jakby pozbawieni ducha, świadomości porządku natury, praw­dziwego przeżycia słodyczy i goryczy egzystencji.
Autor maluje, jak twórca współczesny, ale na jego myślenie o obrazie nakładają się klisze przesz­łości. Tak bardzo dzisiejsi i na pozór banalni oku­larnik czy człowiek z psem, wpisani w ośmiobok klasycznego portretu trumiennego, nagle stają się postaciami symbolami. Przypomnieniem, że sztafaż kultury masowej i nowoczesności czy kult młodości są wobec nieuchronności śmierci tylko pustą, nic nie wartą skorupą. Można powiedzieć, że to prawdy banalne? Być może. A jednak dziś jakoś niechęt­nie przypominane. I choćby dlatego zasługujące na uwagę.
Podobnie jest z cyklem „Babel". Na poły ab­strakcyjne, ale posiadające wyraźne desygnaty w ota­czającym nas świecie, budowle (ale też idee) nabierają zupełnie innego wymiaru, gdy, jak zaklęcia posłużymy się przypomnieniem owego symbolu ludzkiej pychy. Wieże Babel, kwintesencja próżności, głupoty, zadu­fania, zaślepienia, z jednej strony, i kary chaosu (pop­lątanych języków) z drugiej, wyrastają dziś wszędzie. Wystarczy rozejrzeć się dookoła.
Sobczak jest typem humanisty, w klasycznym tego słowa znaczeniu. Nie tylko dlatego, że obok ma­lowania zajmuje się słowem, pisze wiersze i eseje. Prze­de wszystkim dlatego, że nie wystarcza mu sam ogląd, ale dla tego, co widzi, szuka kodów interpretacyjnych. Najlepiej w tym, co już było. Bo przecież wszystko już było. Choć jego malarstwo jest figuratywne, unika narracji czy anegdoty. Uwagę widza woli raczej przy­ciągać mniej lub bardziej ukrytą symboliką i grą sko­jarzeń. Co ciekawe, z latami coraz bardziej redukuje zestaw stosowanych środków przekazu. Jego prace z cyklu „Rosjanie", malowane na początku lat 90., to wręcz orgia emocji i ekspresji wobec oszczędnych w wyrazie prac z ostatnich lat. I jedne i drugie przykuwają uwagę, choć w nieco inny sposób.
Zastanawiam się, czy chciałbym powiesić obra­zy Sobczaka u siebie w domu. Chyba nie. Wolałbym od czasu do czasu oglądać je na wystawie lub w al­bumie. Towarzyszące mi od rana do nocy za bardzo przypominałyby mi o tym, o czym na co dzień nikt z nas myśleć specjalnie nie lubi.

Piotr Sarzyński, urodzony 1955. Publicysta tygodnika „Polityka”. Mieszka i pracuje w Warszawie.