Archeologia Podwodna

Przypływają myśli. W mętnej od planktonu przestrzeni kłębią się wiry i prądy. Sklonowane ze słonecznej łuski dni żerują ławicami. Ślepo podążają w rozwarte na oścież szczęki widmowego tuńczyka. Wapienne pokłady piętrzą rafy w koralowe metropolie i życie rozkłada się neonowo przy piecu zwrotników. Głębiej czai się chłód i cisza, trawiąca przedśmiertny skowyt kotłów „Titanica”. W strudze światła, rzuconej z mózgu przez źrenice, spod warstwy mułu przebija kulisty kształt amfor i zgubionych torped, potrzaskane kolumnady Atlantydy i złom podciętej sztormem platformy wiertniczej. Wiekowa Latimeria drzemie na omszałym stosie złota w brzuchu holenderskiego galeonu. Nad stężały milleniami łopot skrzydeł pterodaktyla wbił się rotor ustrzelonego Messerschmita. Co pewien czas obmacującej skamieliny ciemności skacze ciśnienie i energia, która zastygła pod dnem, robi się niedobrze. W eksplodującym nagle, wulkanicznym fleszu, utrwalają się na sekundę obrazy.

(Portrety Trumienne)

Zanim Hitler wynalazł eteryczną martyrologię, świat polskich zmarłych miał przeważnie osiem stron, zbudowanych z solidnych desek. W dostosowanym do przekroju śmiertelnego futerału kształcie, parafialny malarz woskował sadzą podkręcone wąsy, politurował gładź ogolonych łbów lub pacykował koronki na niewieścich czepcach. Ważne też były pieczęcie herbów, aby zagubione dusze odnalazły należne sobie miejsce w zaświatach. Kiedy zatrzaśnięto już wieka trumien, wyidealizowane na miarę talentu artysty mary pozostawały w pamięci żywych, dopóki farba nie złuszczyła się, jak ciało z kości.

W czasach demokratycznego i masowego dostępu do luksusu śmierci, szlachecki portret trumienny obumarł. Zastąpiła go masowa produkcja fotogramów w owalnym szkiełku. Na Wschodzie całe pomniki nagrobne wypełniają obwieszone orderami cienie zmarłych, wytrawione chemikaliami w lastryko. Niebawem na cmentarzach pojawią się plazmowe ekrany. Zadziała funkcja „repeat”: Ogrodnik dalej będzie pielęgnował bokobrody, Leśnik ratował Czerwonego Kapturka z nałogu sodomii, a Nordyk krzywił się na sąsiedztwo tej Żydówki, do której truchła Bawidamek wciąż robi maślane oczy. Nieskrępowana, boska ekspresja, prędzej czy później, to wszystko też rozmaże na ociekającej białkiem i nieorganicznymi liszajami palecie. Paru artystom, którzy być może jeszcze się nie urodzili, zakwili w beciku świadomość, że każde odwzorowanie życia jest... portretem trumiennym.

(Rosjanie)

Rosjanie nie potrafią żyć bez ikon. Obojętnie, czy jest to dostojny św. Jur, uderzający złotą lancą spod cerkiewnej kopuły prosto w podstępnego smoka ateizmu, czy towarzyski Władimir Iljicz, w natchnionej pozie oratora powszechnej szczęśliwości, powiewający czapką z krwawych sztandarów i transparentów. Albo gazowy znicz bankowej potęgi, przyobleczony w nieodgadnioną twarz Putina, przed którym chyli się na klęczki europejska dyplomacja. Carskie bumagi i czerwone legitymacje zamienili na platynowe karty kredytowe. Ta rewolucja, jak każda inna, też pożera swoje dzieci. Może nie tak zachłannie, milionami w głodowym amoku łagrów, jak poprzednia. Teraz uszlachetnia mięso armatnie ziarnami kawioru, kąpielą w szampanie i słońcu Riwiery Francuskiej, ale starym, nieomylnym  znakiem firmowym pozostaje kula w potylicy.
Kocham Rosjan za tę ich stepową rozrzutność życia i śmierci, za iście bizantyjski przepych formy i słowiański pociąg do sentymentalnych treści, za nędzę rozkułaczonych kołchozów, przez które brną w jesiennym błocie dziesięciodrzwiowe limuzyny, za perły, które obrastają cenną macicą we wnętrznościach zwykłych wieprzy. Kocham też ich kobiety o ciałach młodych brzóz i cierpliwości syberyjskich rzek. Pisząc kolejną ikonę na ich cześć boję się, że Witkacy miał rację. Zanim przemądrzała Europa nauczy Rosjan swej demokratycznej buchalterii, oni – z kozackim rozmachem – zrusyfikują świat.

(Historia Kaina)

Bóg miał siostrę. Nazywała się – Pustka. Okrywała się ciemną peleryną, a w oczach miała bezdenną głębię. To naturalne, że brat w końcu pozazdrościł jej nieskazitelnej elegancji i stylu, który nawet neutrony pozbawiał obojętności. Z kosmicznych odpadów lepił kule i ciskał w jej piękne oblicze. W gigantycznych, nuklearnych rozbłyskach, błękitna krew Pustki rozlała się w praoceany, a jej ostatnie westchnienie oplotło atmosferą zabójcze pociski.

Pomimo wielu późniejszych korekt czyn ten został utrwalony w kodzie genetycznym. Boże Dzieci narodziły się skażone zazdrością. Kiedy już zaspokoiły ciekawość i poznały, co to ból, sadystycznie powoli obdzierały ze skóry podstępnego Węża. Bezszelestnym krokiem, w butach z wężowej łuski, podkradał się Kain do Abla, aby wytknąć mu nożem niesprawiedliwy nadmiar ojcowskiej miłości. Zwiewny jak babie lato, niewinny urok carskich córek zmienił się w zgniliznę i próchno na dnie uralskiej sztolni, bowiem mściwy Kopciuszek wpadł na bal w walonkach i wstydził się przymiarek. Austriacki pacykarz wyretuszował z obrazu Europy cały naród, bo nie mógł znieść myśli, że łagodne blondynki, o modrych jak alpejskie fiołki oczach, preferują semicki temperament oraz typ urody.

Uwarunkowana genetycznie historia Kaina toczy się przez ludzką wieczność na kołach Sansary. Karmi wygłodzonych Koreańczyków nadzieją na atomowe grzyby i desperacko pikuje na fałszywe minarety manhattańskich wieżowców. Bóg stara się wciąż obdarzać czułą miłością swoje kalekie dzieci, ale brak mu już cierpliwości, a także nowych pomysłów. Czasem tęskni za siostrą i żałuje swego czynu.

(Wieża Babel)

Ta młoda dziewczyna, której oczy jak ziarno zapadły w splot moich buddyjskich trzewi, uchodzi za najpiękniejszą kobietę w Japonii. Za wysokim płotem odległych gór  wciąż pielęgnuje ogrody, z których wyruszyła do wielkiego miasta, aby zostać pisarką. Kaligrafuje na mojej dłoni tajemny znak, który staram się zrozumieć. Drży ziemia i szklane wieżowce Tokio osypują się z chmur jak wodospady. Delikatnie, aby nie skaleczyć tej chwili, ze sterty codziennych śmieci zbieram rozsypane litery i składam je w origami, na kształt lecącego żurawia, uginającej się trzciny i płomiennego serca.

Złośliwy bóg Hebrajczyków pomieszał ludzkie języki, ale budujemy dalej Wieżę Babel. Pnące się wciąż ku górze termitiery miast, strzeliste przęsła telekomunikacyjnych mostów i tytanowe rusztowania aerodromów. Nie potrzebuję uczyć się obcych słów, aby odczytać list, wsunięty przez wąską szparę między powiekami. Odebrać czułe wyznanie, kaligrafowane palcami na skórze. Sekretnym językiem mego człowieczeństwa, niezrozumiałym dla żadnego boga, nakładam barwy i splatam je ze sobą. W plastycznej przestrzeni rysuję co dzień nowy ideogram. Niebo Nad Górą. Cokolwiek uczynisz będzie pomyślne.

(Kondotier)

Ziemia, skaleczona pługiem lub zwinięta w czujny kłębek pod rudą sierścią wrzosowisk. Jątrzące się neonową posoką strupy miast, do których zlatują łaknące żeru muchy i ciekawskie, nocne motyle. Nagie turnie, surfujące na spiętrzonych falach lodowców po ostatni haust tlenu, i wszechogarniająca depresja oceanicznego błękitu. Nic na tym świecie nie należy do mnie. Kiedy liczę ziarna żółtawego kruszcu, osypujące się z kości zapomnianych karawan, z rozdartego poszycia zbłąkanego nad wewnętrzną pustynią transportowca, domyślam się, iż najcenniejsze, co mam, to ta wolność. O zmierzchu uwalniam myśli z klatki schodowej wielkomiejskiego blokowiska. Cenna surówka z roztopionego słońca przecieka mi rozrzutnie przez palce za niepojęte horyzonty.

Niczym ci bezczelni kondotierzy, otrząsający przeszłość z dworskiego heroizmu, staram się zbyt wiele nie zastanawiać, kiedy zdecydowanym gestem tnę świat na sztuki. Z krajobrazu, który naświetlił krótkim błyskiem duszę, mogę wykroić małe hrabstwa, albo wielkie królestwo. Możesz rządzić nim po swojemu. Nie pytam o nic, prócz ceny. Droższe są mi kobiety, które nawet nie wiedzą, że je posiadłem. Wkładam im w usta karmin. Perłowy orgazm rozpryskuje się z pędzla na krągłości bioder. W ten sposób traci się duszę. Mężczyzn traktuję po męsku. Szybka parada szpachli, jak cios pałasza, unieśmiertelnia twarze w pół grymasu. Rekrutacja mojej drużyny cieni.

Nie ma sprawy, dla której ryzykowałbym stawkę mniejszą niż życie. Codziennie rzucam je na deski, płótno lub papier. Rozpinam odbitki na ścianach. I mam w tym wszystkim swój własny interes. Nieustającą opowieść, która będzie się sama snuła dalej, kiedy zostanę już tylko odciskiem w osnowie rzeczywistości. Nie do usunięcia...

(Rysunki)

Rodos to zwietrzały pumeks, porzucony przez helleńskich bogów wśród mydlin Śródziemnego Morza. Skąd przekonanie, że w tej łazience Europy – gdzie sprażone na piasku mięso, wśród lewantyńskich przypraw, nabiera innego, niż hamburger smaku - duch jest realny jak ciało? I równie piękny jak starożytne posągi... Z leżaka na patio widzę jak młode Rosjanki i starzy Niemcy zabawiają się w swych frottowych tunikach w Helladę. Homer by się uśmiał. W tle rozchlapanych z basenu falbanek, za pieczołowicie podlewanymi klombami, ze spieczonej skały wyrywają się cherlawe cyprysy. Kozy strzygą uszami resztki wyliniałej trawy. W stronę popołudnia łagodnieje ekspresja cedrowych kresek. Lawuje się pejzaż.

Schodzę głębiej. Promienie słońca rozlewają się w oleiste bąble. Jeszcze chwilę grają tęczą na magmowych złomach, aby zapaść w końcu tam, gdzie wszystkie linie zmieniają się w plamy intensywniejącej czerni. Z dalekiej północy pełznie po dnie język arktycznego lodowca. Stygną podwodne wulkany. W świecie wiecznie rozszeptanej ciszy podnoszę muszlę do ucha i słyszę wyraźny puls mojego świata. Krew imploduje w niewielki punkt bez znaczenia na ostatnim płótnie.

Wojciech Marek Darski