Wirtualne Hieroglify. Animacja

السلام عليكم و رحمة الله و بركاته
Salam salam salam – camel camel camel – gizeh gizeh gizeh… Wielbłąd w bejsbolówce zaciąga się głęboko pustynią i wypuszcza z pyska kółka aromatycznego dymu. Z reklamową lubością czochra garb o spłaszczone w gilzownicy piramidy. Wszystko jak w opasłych kronikach cywilizacji na folderowej diecie: rozgrzany piasek w stożkach piramidalnego cienia, breakdance pamiątkowych migawek i  klikające flamingi ememesów, a potem rozkosze hotelowego seraju – whisky and soda pod palmami przy basenowej oazie. Sfinks już dawno stracił twarz i powołanie. Certyfikowane w XXI wieku polisy nie przewidują śmiertelnych skutków gry w zagadki.
Kilka tysięcy lat temu przez gwiezdne wrota zstąpił tu dostojny Amon-Re w koronie ze słonecznych piór. Wyprzedzała go tańcząca kotka – Bastet o jędrnych piersiach i przymilnym grzbiecie. A w cieniu pańskiej dłoni czaił się szakal Anubis, węszący nieuchronny posiew śmierci. Zanim odlecieli kolonizować nowe galaktyki, ofiarowali afrykańskim małpiatkom pszeniczne ziarna, spęczniałe przypływem wielkiej rzeki, trochę astronomicznych pojęć oraz magiczne znaki markowe całej tej historii, ciągle elektryzujące archeologów i hollywoodzkich scenarzystów. Z kazirodczego związku Izydy i Ozyrysa zrodził się miedzianoskóry lud oraz Horus-Mojżesz, który ukamienował naturalną lekkość śródziemnomorskiego bytu. Największe tajemnice poszły do piachu. Ich szczątki rozwlekają po pustyni skorpiony. Rabusie piramid sprzedają je w sklepach ze starzyzną i w muzealnych aulach.
Cienie snują się po falach Nilu. Trzcinowe drakkary zapisują skrzętnie każdy pustynny powiew na papirusach żagli, ale już prześcignęły je macedońskie, rzymskie i tureckie galery. Brytyjskie parowce i kanonierki zaczaiły się w delcie, pilnując aby Morze Czerwone nie zamknęło się przed europejską krucjatą. Wszyscy chcą tu być. W zubożałej stajence cywilizacji na rozstaju światów. Posyłają w darze czołgi, rakiety, inżynierów i demokrację…
Medina zastyga w rdzawych cieniach i tylko niewierne psy wałęsają się między straganami, gdy z minaretów strzela płomień wiary. Brodata mumia Alego Paszy uchyla skrycie kopuły meczetu, by śledzić sąd nad szpitalnym łóżkiem z karykaturą faraona. Wymordowani mamelucy i dozgonni niewolnicy banków łakną zemsty. Wiosna powiewa dumnie zielonym sztandarem Proroka, ale pustynne dżinny wciąż sypią piasek i drobne monety w oczy fellahów. Za pół dolara czarka orientalnego wrzątku. Za dwa – ocieniony markizą stolik z przestronnym widokiem na rewolucję.
Jak zapisać ten płynny, choć pełen pauz, jak assuańskie tamy, rytm północnoafrykańskiej suity? Pieczęciami ideogramów na kamiennych stelach, czy trzcinką i cyrklem, kaligrafującym prorocze wersety? A może cyfrowym ciągiem w pamięci chińskiego komputera, księgującym historię, jako bilans globalnych zysków i strat. Ciemną plamą i kreską w spieczonym słońcem cieście barw… Ochrą i mdłą zielenią, wlokącą swe pragnienia ku oazom. Głębokim, zimnym granatem nocy, rozstrzelanym przez obce gwiazdy. Rozmodleni błagalnicy obsiedli miejskie place, jak gołębie. Ponad zarośnięte antenami dachy Kairu wznosi się odwieczna prośba o boskie miłosierdzie. Na próżno… Odkąd Nefretete wyjechała zarabiać euro w Berlinie, nie pozostało tu nic z tajemniczego piękna młodości ludzkiej rasy. Tylko orientalny suk. Hałaśliwa wyprzedaż  przepalonych, cudownych lamp i wysoce awaryjnych, latających dywanów. Gizeh gizeh gizeh – camel camel camel… Salam!

Wojciech Marek Darski